Czas zaklęty w murach zegarowej wieży,
wypalony w cegle, jak na starej kliszy,
puls, którego żaden zegar nie odmierzy...
Tam cień mój stęskniony nawiedza Cię w ciszy.
W mechanicznym brzuchu zębatej wieczności,
Twoje zwinne palce budzą go do życia.
A duch mój spragniony tej samej czułości
zapada się w mroku i patrzy z ukrycia...
Jak się wdarłeś na to bezdroże,
wędrowcze mój zagubiony...?
Odtąd nikt ci już nie pomoże,
W mych ramionach będziesz zbawiony.
Widzę, kuszą cię śliskie ostępy,
czernią błotne mary zdradliwe,
chodź, rozerwę twój ból na strzępy
i wypruję trzewia lękliwe...!
Dłonie moje jak dzikie harpie,
podejdź, wtul się do mego łona!
Ale najpierw nimi rozszarpię
zbroję smutku, niech wreszcie skona!
Niech opadną cienia zasłony
i odkryje się tajemnica,
w niebo wzbiją się snu demony!
To ja – Prawda, dzika wilczyca.
OKRES DOJRZAŁY CZ. 5
Architektura Muzyka Zabytki Sztuka